Teatr, kino, życie. Przedwczoraj, wczoraj, dziś.

 

Teatr, kino, życie. Przedwczoraj, wczoraj, dziś.

Absurd. Codzienność.

Powszechny. Warszawa. Mała scena; wystarczająca. Gruby, Mały, Średni i Listonosz. Czupryński, Pokusa, Guzdek i Trembaczowski. Absolwenci, wspierani przez Montownie. Ceni się. Wspierać trzeba. Hańbę. Bo tak się nazwali. Wypływając “Na pełne morze” w humor absurdu Mrożka. Kiedy zapasy zostaną wyczerpane, kiedy wydaje nam się, że na naszym zapleczu nie ma nic. Choć chcielibyśmy cielęcinę z groszkiem, nie odnajdujemy …nic. Nic, co wpisuje się w schemat. Absurdalnie nie wychodząc ze schematu, po prostu przechodzimy w kolejny. A wydaje nam się co innego. Ciągle coś nam się wydaje. Oczekujemy oddania. Poświęcenia. Jesteśmy skłonni przekonać towarzyszy podróży życia, by się nam oddali. By byli posłuszni. Solidarność, nieoparte poczucie służenia w słusznej sprawie. Honor, który nic nie znaczy, kiedy tylko się wydaje. Powszechna sprawiedliwość; oceniana z punktu siedzenia, stania lub pływania. Wszystko od czegoś zależy. Jak w życiu, tak na scenie. Czujnie badamy, kogo zjeść. Uważnie stąpamy, by nie zostać zjedzonymi. Ktoś korzysta, a ktoś traci. Tracąc niekiedy zyskuje. Absurd.

Przepływam w ciemne otchłanie, pachnące popcornem. Pod sam Grand Hotel Budapest. Cukrowe wieże od pana Mendla. Kunszt. Dzieło sztuki. Nie do zniszczenia. Ratujące z opresji. Warstwa na warstwie. Jak u Gaudi’ego; fantastyczne formy i zawiłe desenie. Cukrowa wieża, która odkrywa przed nami coraz to nowe smaki. Genialna symetria, tak perfekcyjna, że aż irytująca. Bluzgi ukryte pod płaszczykiem elegancji i dobrego smaku. Absurd; Wdzięku i chamstwa. Zamiłowania do pięknych zapachów przy czarnym od brudu ciele. Wyczulenia na potrzeby innych w cudownym egoizmie. Ironia ubrana w kolorową, bajeczną, pełną przepychu formułę. Gdzie okazuje się, że prawdziwe Zero, może posiąść niezliczone zdolności. Ciężko sklasyfikować, co wprawia w zachwyt. Adrien Brody tak piękny w swojej niedoskonałości. Tak doskonały w kolorowej bańce.

Waniliowa świeczka; roznosząca swój zapach po całym pokoju. Napędzająca chęć wprowadzenia do organizmu kilogramów cukru, a miała ukoić chęć. Kawa z samego rana, bo po północy. Absurd. Tysiące myśli. Odwieczne poszukiwania sensu. Obieranie celu/ów. Obieranie. Łapanie kolejnych warstw; tych, które przeżyliśmy, by nie utracić. Nie zapominając o fascynacji tym czego jeszcze nie znamy, a dostrzec chcemy.

Brak schematów, możliwości klasyfikacji, wkładania do jednego przysłowiowego wora. Wór proponuje oddać dziadowi. Temu co przychodził z lasu i straszył w dzieciństwie; po to byśmy byli posłuszni. Rebelia, niech będzie trochę absurdalna.

Zobaczcie sami, polecam; jedno i drugie i trzecie. Polecam chłopaków absolwentów, Andersona polecać nie trzeba. A życie, polecam, choć absurdalnie polecać nie powinnam?