minimalism is my favourite sin.

Minimalism is my favourite sin.

Sprecyzowała poniekąd swoje upodobania. To dla niej tak trudne do uchwycenia, nazwania. Jedno tak proste zdanie trochę pomogło. Precyzowanie. Ujednolicanie. Dla niej wszystko było tak niejednoznaczne. Przecież wszystko od czegoś zależy.

Mama kupowała małe zwierzątka. Mieściły się w dłoni. Od dinozaurów po domowe świnie, wszystkie wyjątkowe, czczone. Trzeba było dokładnie im się przyjrzeć, nie wszystko było widoczne od razu. Wolała swoje małe stado niż ogromne pluszowe niedźwiedzie. Te drugie były zbyt oczywiste. Mama uczyła dostrzegać nieoczywistości. Szybko do domu, uderzy Cię piorun – krzyczała pani mama koleżanki, gdy zanosiło się na burzę. Mama prosiła by zdjęła buty gdy zaczynało padać, sama również ściągała swoje. Biegły boso, w deszczu. Wiatr rozwiewał…wszystko. Było cudownie, nie bała się. Do dzisiaj się nie boi. Koleżanka się boi. Ona ciągle szuka piękna w prostocie. W tym maminym deszczu. W zetknięciu stóp z kałużą na chodniku. W wietrze. W przyklejonych do buzi mokrych włosach. Nie zagłusza się pozorną wielkością rzeczy materialnych. Minimalizm jest tak wymowny. Prawda uderza prosto w najgłębsze zakamarki. I tu złapała się na tym, że jednak są momenty które nie zależą…

Promienie słońca, które czuje na ciele uderzają z ogromną siłą. Spływające po policzkach łzy, te których się nie ociera, w chwilach kiedy ważniejsza jest wymiana spojrzeń. Ułamki sekund w spojrzeniach, które w pamięci pozostają na zawsze. Przełykane łzy. Zduszone dźwięki rozkoszy, stłumione przyciśniętą do jej ust męską dłonią. Muzyka. Oczekiwanie. Kurwy i inne przekleństwa wypowiedziane w wybuchach radości. Kilogramy żelek kupione tylko po to by setny raz sprawdzić czy na pewno – nie smakują. Zdania czytane i analizowane tysiące razy na nowo. Ludzie których czyta. Emocje których poszukuje. Fotografie na które nieustannie patrzy. Czerń…

Pisanie sprawia radość, przeciąga chwile budowania w wyobraźni obrazów. Przecież już dawno odbiegła od tematu. Przecież odbyła już podróż przez pobudzenie zmysłów. Zostawiając się w ciągłym niepokoju, wiecznym niespełnieniu.

Chciała tylko powiedzieć, że nie trzeba pokazywać. Że dawanie więcej niż ma się w środku jest niesmaczne. Że jeśli w środku dużo się dzieje, to i tak to zauważymy. Znajdziemy siebie i innych tych dla nas odpowiednich. Że istnieje jedyna arystokracja – duszy. Że trzeba kraść – na potęgę, ze wszystkiego co inspiruje, motywuje, napędza.

Że Ona jest złodziejką. po prostu.