polskie gówno pełne wartości.

zdjęcie 1 (5)

Kiedy pada deszcz, kupuję pączka. Tego bez lukru i pomarańczowej skórki. Lukier brudzi, a skórka jest taką imitacją prawdy, że aż robi mi się niedobrze. Trzeba go jeść palcami, odrywając kolejne kawałki. Pączki są dobre bo pachną latami 90′, poznałam wtedy dużo standardów, czyichś, a ja wśród nich nie zawsze się odnajduję.

Wczoraj wybrałam się na maraton filmowy  do Multikina. W kinie zamawiam popcorn, duży, tylko dla mnie, proszę by pani wrzuciła mi łopatkę słonego i karmelowego, i tak na zmianę. Pani wyglądała jak dzięcioł, musiałam zrobić krok do tyłu, ponieważ momentalnie dziobnęła mnie swoim zdziwieniem. Ja pewnie dziobnęłam ją zmianą standardów, przepraszam.

Ze względu na ciągłe poczucie utraty czasu, uwielbiam nocne maratony. Pozwalają też szybko zweryfikować zaangażowanie widza, tu wyjątkowo często zdarza się, że jeśli jest nudno – sala śpi. Jeśli słychać palce buszujące w kubłach z popcornem… chwali się. Uwielbiam popcorn, słono-karmelowy. Nie lubię coli, ani żadnych innych bąbelków. Czekam na zderzenie z bąbelkowymi latami 90′. Ze słodko-sztuczną imitacją muzyki. Z wypierdzianym  tapczanem, i pozłacanymi łańcuchami na grubych karkach mężczyzn z chudym IQ. Dostaję niewielkiego szczękościsku bojąc się zderzenia z etnograficznym obrazem polskiej wsi. A spotyka mnie zaskoczenie; główny bohater, chudy z IQ. Obraz prawie jak z oscarowego  Grand Budapest Hotel. Polski sen przeplata się z amerykańskim. Nie straszy mnie bezmózgowy biceps, a anioł o tak niebieskich oczach, że mam ochotę oprawić go w ramkę. Anioł nazywa się Bartosz Bielenia i w swojej psychopatycznej dobroci spojrzenia jestem niczym karykatura  z genialnego Funny Games. Pomimo paru wyprowadzających mnie z równowagi komentarzy; pijących wódkę panów, którzy siedzieli obok mnie w oczekiwaniu na rozrywkę rodem ze strażackiej remizy. Wychodzę usatysfakcjonowana przenosząc się wraz z Hamkało, Głowackim, Komanem i Bielską pod pełne wyniosłości spojrzenie prokuratora Szackiego – wyśmienitego Więckiewicza. Boję się polskich kryminałów prawie tak samo jak disco polo. I znowu staję się zdzwionym, dzięciołem, z dziobem zatkanym nie tylko popcornem, a przede wszystkim niepokojem. Parę razy podskakuję, od emocjonalnych uderzeń. Za co jestem wdzięczna. Dziękuję; za nieoczywistość, za niepewność, za niepokój. Pomimo tego, że w kinie jest ok 2 w nocy, a ja wstałam przed 6. Zakurzone archiwa, mrok, ciemne korytarze, wściekłe zaślinione zęby, wycie i seks. Uruchamiają moją wyobraźnię, nie jestem pewna rozwiązania zagadki. Nie czuję się jak w dzieciństwie kiedy podczas oglądania Scooby Doo, wiedziałam, że często druga ukazująca się w kreskówce postać jest winnym, lądującym po uszy w gównie. A Polskie Gówno, jak najbardziej zjadliwe. Proste, dosadne. Przeplecione musical’owym absurdem. Śmierdzi biedą i wódą, że aż się rzygać chce. Ze względu na szczerość, a takie wymiociny cenię. Pływam w tym gównie pomiędzy sztuką a komercją. Dociera do mnie paskudna prawda, że zawsze spod tego gówna powinien wypłynąć jakiś banknot, bo sztuka bez kasy tonie i to w szambie pełnym frustracji. Nawet w menago Halamie widzę całe pokłady polskich wymiocin. Śmieję się przez łzy rozpaczy i dobrze mi. Nawet kiedy patrzę jak świetnie kierowana postać menago się rucha i swoich przyjaciół też.  Poetyczna beznadziejność bije prosto w zarzygany pysk. Biednie, zimnie i śmierdzi… jak w szpitalu u Religi, który trzeba odwiedzić. Bez najmniejszego bólu. I znowu PRL, sypana kawa i papierosy. Znowu czuję. Kot jest Kot, chylę czoła. Polskie kino staje na wysokości zadania. Danielowi Polakowi stają włosy na rękach, paru ludziom staje serce. A mi po prostu staje.

Zobaczyłam „Disco Polo”, „Ziarno Prawdy”, „Polskie Gówno”, „Bogowie”. Polecam każdy jeden i zostaję pod wrażeniem. Zaraz i tak,  tak polska  – ŻÓŁĆ wyleje się przez usta komentujących. Przez ich  brak zrozumienia wobec umiejętnego kierowania emocjami, wobec absurdu i prawdziwego dramatu, który śmieszyć powinien,  uświadamiać, a nie złościć. Przez traktowanie życia 1:1. Przez antysemickich obrońców. Przez niespełnionych lekarzy czy muzyków przez małe m. Ja bardzo się cieszę, że polskie kino idzie w takim kierunku. W żadnym razie nie nazwę tego co się dzieję w polskiej kinematografii gównem. Z rozkoszą, coraz szybciej wchodzę w tę branżę. Jestem dumna. Idziemy do przodu, choćby jeszcze przez chwilę w kaloszach, bo po gównie, ale już z meskolancją popcorn’ową. Z możliwością wyboru –  bez pomarańczowej pączkowej skórki.

Palce lizać.