puls 98.

tumblr_n361pqlbCW1rpjojlo1_1280

Kolejne zmartwychwstania.
Po przebudzeniu mam puls 98, doskonale czuję swoje serce. Doskonale czuję też niepokój. Pierwszą moją myślą jest to, że chce odbudować zaufanie, wobec siebie.

Nie mogę znieść gdy mój tata się nie uczy, że uśmiechem próbuje zakryć wczorajsze złości. Wstaję i użalam się nad sobą, łącząc się z bezsilnością mamy wobec braku jego nauki.
Chcę być sama i chcę być z nimi ale w sposób w jaki chciałabym ich widzieć.
Nie podoba mi się moje 5 dodatkowych kilogramów, które widzę w lustrze jak 100, nie podoba mi się niedoskonała cera, niepodoba mi się to, że myśli poganiane przez pętle nawyku biegną do tortu i papierosa.
Jakby to wszystko miało jakiekolwiek znaczenie.
Otwieram szeroko okno, zakładam kaptur, ten od szlafroka jest tak przyjemny. Zakładam rękawiczki, rękawiczkę, druga ręka obsługuje spożywanie owsianych kulek, które robią za tort, i iPada, który trochę zastępuje papierosa.
Nie do końca wiem jak się emocjonalnie ustabilizować i nie wiem też czy rzeczywiście tego chcę. Mój mózg w przeciwieństwie do ciała żądny jest wszelkich wybryków.
Na lewym nadgarstku mam wytatuowaną jedną z filozofii, od paru miesięcy rozstrzeliwuję ją laserem. Czując się trochę bardziej wolna i trochę jakby ginął kawałek mojej przyjemności.
Podobają mi się szczątki eudaimonii, są teraz nieoczywiste. Dla innych czytelne po długim skupieniu. Pozwala to ocenić na ile otaczający mnie, są zainteresowani. Czy ważniejsze jest dowiedzenie się czegoś o uciekającej filozofii czy dotykanie delikatnego nadgarstka. A jeśli w ogóle nie zwracają uwagi to dotykanie piersi lub pośladków schowane za egoistycznym spełnieniem własnych żądzy.
Nie przeprowadzam testów. Nie chcę też się usprawiedliwać. Nie chcę skupiać się na sobie, mam świadomość bycia pyłkiem. Znowu się tłumacząc…uspokoiłam serce. Puls 80 coś.

Oni w pokoju obok powrócili już do spokojnej codzienności, ja do spokojnej egzystencji. Z błogim uśmiechem rozwiążę parę testów prawa jazdy. Wrócę do świątecznego stołu.
Wcześniej zaparzę kawę, założę kapcie, włóżę pomiędzy wargi mentholowego Marlboro i kucnę pod klatką. Nie powiem nikomu dzień dobry.
Będę marzyła o tym by jakiś paroletni, nieświadomy człowiek wylał na mnie wiadro wody cięższe od niego.
Gasząc papierosa, niepokój i potargany kłębek myśli.
Lany poniedziałek.
Puls 100.