:Sześć zer. Bardzo proszę.

taco

Od paru dni podróżuję. Przemieszczam się pomiędzy planami filmowymi w Poznaniu a warszawskimi zajętościami.  Ku podróży głównie skłaniają mnie; nie pieniądze czy pasja a czas spędzony w pociągu. Lubię chłód porannych peronów. Wstające za szybą słońce. Obrazy polskich wsi. Poważne funkcje zawodowe konduktorów, ich nieugiętą postawę w trzymaniu zasad. i prostych pleców.

O godzinie 5 na dworcu centralnym, można odczuć pachnący żalem atak dworcowych pijaków. Załzawione spojrzenie prosi bym kupiła kanapkę w kawiarni. Na którą mi samej szkoda jest pieniędzy. “10 zł za kawałek chleba, to dużo, tłumaczę, kup sobie bułkę w piekarni” . A on powtarza po raz n to samo zdanie. Ja powtarzam po raz n moją odpowiedź. Jest mi ciepło pod sercem, ze strachu.

Boję się, pustych oczu.

Boję się jego złych życiowych wyborów. Mam wrażenie, że zaraz mnie uderzy. Unikam kropel śliny, które spadają z zapuchniętych, wilgotnych, sinych ust. Czuję obrzydzenie wobec tego człowieka. Gardząc w tym momencie również sobą. On odchodzi, podchodzi ona, zupełnie taka sama jak on. Patrzę przez szybę. Ignoruję. Jestem taka sama, przejmując puste spojrzenie, które zakrywa wszystkie emocje których nie chce pokazać.

Przed wejściem do pociągu wpycha się przede mną czterech mężczyzn. Dzielimy jeden przedział. Pachną mandarynkami i językiem niemieckim. Nie stosują zasad savoir-vivre, a ja ich nie wymagam. Są podobni; mają brody i cienkie długie włosy. Na koszulkach logo grupy Behemoth. Jestem ciekawa jak zareagowaliby na to, że Nergal spędzał sporo czasu z dziewczyną, na której różowe skarpetki w muffin’y patrzą z obrzydzeniem jak ja na dworcowego pijaka. Tyle ocen bez pokrycia.

Pierwszy raz od dłuższego czasu tęsknię, nie myśląc o tym do czasu kiedy On nie pyta o potwierdzenie. Oglądam zdjęcia człowieka, którego nie znam na tyle by pamiętać jego mikroruchy twarzy. By pamiętać rytm jego oddechu i dźwięk stawiania stóp. Mam na dłoni stempel jego twarzy, który po dłuższej nieobecności jest kojącym wspomnieniem. Nie znam się na tęsknocie. Nie skupiałam się na niej. Jest mi dobrze ze sobą. Bardziej tęsknię za gasnącymi wyobrażeniami niż za ludźmi rzeczywiście. Najwięcej tęsknoty żywię wobec tego co jeszcze się nie wydarzyło.

W pracy poznaję człowieka z którym mogę porozmawiać o kwestii wyboru. O zrodzonych pomysłach, które zasiewa się w osobach, w których widzi się potencjał by marzenie w nich zakiełkowało i wyrosło. Spełniając egoistyczne potrzeby symbiozy. O śmierci, ludzkim ciele, Bernhardzie, Annie Leibovitz i Susan Sontag, by znów wrócić do; widoku cudzego cierpienia. Koło. Harmonia. Odkrycia. Powroty.  Intrygują mnie oczy, które przedzierają się przez powierzchowność.

Odrywa mnie potok bezsensownych słów.  Chudy pan, z brodą pokrytą mąką, zdecydowanie za głośno wyrzuca z siebie pokryte śliną okrzyki krążące wokół kotleta i ziemniaków.

Na długo już udało mi się pozbyć dygocącego pod skórą poczucia melancholii. Tej znanej. Prowadzącej do niezrozumiałego smutku. Do wilgotnych oczu, w których oni widzą tajemnicę. Ten błysk w oku to melancholia, działająca na kontrze z ogromnym uśmiechem. Działająca na wszystkich, poza mną. Przeradza się ona w tęsknotę ku nowemu. Ku wyborom, decyzjom, odpowiedzialnościom i konsekwencjom, które nadejdą. warszawskie om, warszawskie pijackie puste przekazy, warszawska chęć pędu. Bez znaczenia w świecie niby szybkim a jednak przeraźliwie biernym. Pełnym rozważań nie popartych działaniem. Wyborów tylko przemyślanych.  Gdzie hedonistyczna hipokryzja zmusza do ignorancji. Do patrzenia w szybę, odwracania wzroku. Od cudzych a nawet własnych wyborów.

…a w Poznaniu słuchają Taco Hemingway’a. odnajdują się w trójkącie…prawdy? Przecież to także kwestia wyboru. A Tobie o co chodzi, melancholijna egoistko? Przecież to także kwestia wyboru.

 

:Sześć zer. Bardzo proszę.