uwaga, spoiler.

demon-2015-wrona-e1440623076639

O roli aktorskiej, o filmie z zeszłego sezonu, więc – o Demonie. O Piotrowej kreacji Itaya Tirana i reszcie.

Obejrzałam Demona w kinie Elektronik. Nie mogę przyzwyczaić się do Elektronika jako do kina. Czuję się tam zdecydowanie za swobodnie, chcę zdjąć buty, leżeć na podłodze i pić herbatę, jak na co dzień podczas teatralnych prób. Swoboda ta i pusta sala kinowa dała jednak poczucie bycia sam na sam z filmowym pożegnaniem pana Wrony.

A więc;

Główny zagraniczny bohater – tego nie znam, to dla mnie nowe. Uważam, że to genialny zabieg. I dlatego, że jest to nowe, nieprzewidywalne i w polskim kinie się nie zdarza, uważam, że daje to szansę na pchnięcie filmu poza granice naszego pięknego kraju. Dzięki temu zabiegowi może obcokrajowcy zaczną patrzeć przychylniej, już od pierwszych minut filmu, podczas których dialogi prowadzone są w języku angielskim. Łagodniej i już z pewnym przyzwyczajeniem można przejść w piękne polskie syczenie.

Wesele pozwala na więcej. Możemy się podczas takiego wydarzenia kochać i nienawidzić, rozkładając w między czasie cały wachlarz zdarzeń i emocji. Wesele u nas się przyjmuję, to motyw powtarzany od dawna, bardzo polski. Bardzo nam Polakom bliski, a interesujący dla ludzi z poza granic. Od razu pojawiły się porównania Marcina Wrony do Wojciecha Smarzowskiego, ale to ten drugi mógł podeprzeć się już choćby na „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego. W „Demonie” Wrony widzę więcej podobieństw do „Wesela” Wyspiańskiego niż Smarzowskiego. Romantyzm. Widmo czy inaczej upiór zmarłego kochanka, który domaga się prawdy. Symbolika. Naród ukazany w krzywym zwierciadle. Podczas wesela można uzyskać wspaniałą kontrę dramaturgiczną, wrzucając do pięknego, wydawałoby się niewinnego wydarzenia, masę zgrzytającego pomiędzy zębami brudu. Do dramatu weselnego dodane jest jeszcze więcej dramatu co pozwala się uśmiechnąć, a momentami wybuchnąć mieszanką śmiechu i strachu. Jest to jeden z nielicznych polskich filmów, który dotyka gatunku horroru. Coś, kiedyś było, w podziemiach i tunelach, co bałam się obejrzeć. Teraz się nie bałam, może na początku przez chwilę po momencie, w którym przyszły pan młody zostaję wciągnięty pod ziemię. Bałam się o to, że bać się nie będę, ponieważ z pod ziemi wyskoczą potwory, które śmieszą a nie straszą. Na szczęście było to jedne, mocne, złapanie za nogi…i bohatera i widza.

A dalej Demon daję do myślenia. Patrzę na Polaków, na wlewane w otyłe ciała hektolitry wódki. Na chęć pokazania się z jak najlepszej strony. Na zagłuszenie czujności pozornym dobrobytem. Na obelgi i niepokoje, pełne potu i łez. A wszystko to zawiane metafizycznym powiewem, zrywającym firany z okien. Cieszę się, że mogę oglądać dybuka z dwóch stron. Oczami głównego bohatera; jego walkę pomiędzy zjawami a rzeczywistością. Jego niepokój, przerażenie i próby opanowania niewytłumaczalnej sytuacji. A także oczami rodziny oraz oczami weselnych gości. Role gości cudownie się zmieniają; ksiądz się boi diabła,  a człowiek nauki staje się duchowym przewodnikiem. Lekarz odchodzi od wiary medycznej przechylając swą wiarę ku metafizyce. A ojciec panny młodej, próbuje upchnąć w kąt najgłębszej piwnicy wszelkie problemy. Lubię Grabowskiego, lubię go w teatrze, lubię go rzucającego dowcipami, groźnego, troskliwego. Podoba mi się on. Podoba mi się i w Demonie, być może jest nieco jednowymiarową postacią w tym filmie, ale mam poczucie, że to rzetelny obraz umęczonego ciągłym braniem odpowiedzialności ojca. Postać ta daje widzowi nieco radości. Dialogi, choleryczność tego bohatera i jego zaangażowanie idące w zupełnie inną stronę niż to, które wykazują weselni goście, może bawić. Jaki ojciec taki syn powiadamy, a tu okazuję się, że bracia są bardzo różni. Różni od ojca. Starszy brat – bohater, przerażony jak nigdy. Młodszy z pozoru drobny nieudacznik, finalnie przejmuje stery.

Przeczytałam parę wywiadów z Itayem, przeczytałam parę notek o dybukach. Odnośnie aktorstwa podoba mi się, że aktor holistycznie potraktował temat. Nie patrzył na demona tylko jako na diabła wyciągającego łapska po ludzkie dusze, ale także jako na stan psychozy. Stan wytłumaczalny, na który można spojrzeć ze strony fizycznej i logicznej. Itay wydaję się być człowiekiem bardzo wrażliwym. Podczas jednego z wywiadów opowiadał o tym jak aktorstwo się zaczęło. Jaka była babcia, która pochodziła z Czechosłowacji. babcia, która zakładała piękne stroje, malowała się i odgrywała sceny. Całe życie grała, a raczej była czujna, co umiejętnie przekazała wnukowi. Wnuk wszystko to od nastu lat wykorzystuje, na scenach światowych, w tym naszych, rodzimych. Wystawiając się tu między innymi z Hemletem.

Prowokacją dla Demona był taniec, fizyczność, pierwotność. Lubię zagadnienia, które nie są oczywiste. Tematy, które można ugryźć z wielu stron. Patrząc na ludzkie niepokoje i rozterki, na normalne sytuacje wrzucone w nienormlany kocioł, w tym wypadku metafizyki.

Wracając do aktorstwa, nie chciałam zagłębiać się w aktorskie przygotowanie, po pięciu latach nauki aktorstwa i początkach zawodostwa, dochodzę do wniosku, że nie zamierzam nikogo oceniać. Uznałam efekt finalny za bardzo dobry, lecz okazało się to niewystarczające.

Chcąc poprawić ten tekst, gdyż wymagano ode mnie analizy aktorskiej, wiedziałam, że muszę jeszcze raz spotkać się z Demonem. Niestety nie tak łatwo go złapać. Do Empik’ów i innych trafic’ów jeszcze nie przybył. Online się pojawia, ale przed obejrzeniem, pewne grono nieuczciwych pobieraczy pieniędzy, nakazuje zamawiać ciągnące się miesiącami prenumeraty, zanim udostępni te dziewięćdziesiąt trzy minuty. Wzięłam więc kartki, pióro, ciepły sweter i przetransportowałam się do nowego dla mnie miejsca. PROM Kultury Saska Kępa, tam udałam się na prawdopodobnie jeden z ostatnich już seansów filmu Demon. Saska Kępa jest tak mi bliska, a miejsca tego dotychczas nie znałam. Kameralna sala, wydawałoby się, że będę sama a wbrew pozorom zastałam tłum, miałam obawy by szurające o kartkę pióro nie rozpraszało przybyłych towarzyszy.

Film dedykowany jest Edwardowi Żebrowskiemu, to pierwsze co mnie zastanawia, jak rozbroję tę bombę, zapewne będzie o czym pisać. Twórczość pana Żebrowskiego do tej pory była mi obca.

Wracając do filmu i analizy aktorskiej głównego bohatera, mam poczucie, że bohater został pominięty. Cicho o nim, o roli tej. A przyglądając się dokładniej uznaję, że był doskonały. Rozpracowałam analizę aktorską nie tylko na swoje poczucie, którym najczęściej się kieruje, które pozwala ocenić rolę jako poruszającą bądź nie. Przyjrzałam się dokładniej. Zwracałam uwagę na to, co aktor uczynił by dobrze odegrać swoją rolę. Jak działał głosem i ciałem, jakich zmian to wymagało. Zwróciłam uwagę na fizyczną charakterystykę, na jej zgodność z odczytaniem postaci. Na wagę, wzrost, wiek, narodowość, styl mowy i akcent. Zastanawiałam się jakie umiejętności posiadł aktor przygotowujący się do roli. Słuchałam dokładnie języków i dialektów, którymi się posługiwał. Patrzyłam na filmowy kierunek obrany przez aktora lub narzucony przez reżysera, byłam ciekawa czy trzymali się jednej czy wielu konwencji. Zwróciłam szczególną uwagę na relacje bohatera z innymi postaciami. Próbowałam znaleźć scenę klucz, aktorski climax. Sprawdzałam jak działa na mój odbiór postaci; ciało aktora, co mówi jego ekspresja twarzy. Czy używa świadomie gestów, czy są uzasadnione. Starałam się wyłapać efekty głosowe, wszelkie dźwięki wydawane nie tylko paszczęką. Chciałam usłyszeć ich tempo, intencje w nich przekazane. Nacisk głosu i jego ton. Wreszcie wróciłam do poczucia, do tego w jakim stopniu aktor wczuł się, a na ile był zdystansowany. Czy był wyrazisty i nieokreślony. Czy zapamiętam tę kreację?

Zacznę od końca.

Zapamiętam, zdecydowanie. Nie tylko ze względu na moje baczne przyglądanie się. Zapamiętam ze względu na wyrazistość, ze względu na mocny wzrok Itaya. Ze względu na poczucie ciągłego poszukiwania. Domyślam się, że Itay został dobrze poprowadzony przez Wronę, mniemam, że się poczuli, że się zrozumieli. Postać jest bardzo zgrabnie poprowadzona. Na początku filmu widzimy mężczyznę, pewnego, stojącego mocno na nogach, wyprostowanego. Na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech. Choć sceneria jest zimna i niepokojąca, on w tym jest radosny, choć nie naiwny. Ta naiwność, o której chciałabym powiedzieć, jest dla mnie trudna do zdefiniowania. Mam wrażenie, że często zakrywa się wiele spraw uśmiechem. Ku wywołaniu poczucia, że wszystko jest cudnie. Zębate, bajeranckie, reklamowe wręcz uśmiechy są oszukańcze, niepotrzebne. Wracając; pierwsze minuty, krążą wokół zabawy; śmiechu, szerokich gestów, otwartych ciał, bliskości. Może oprócz bliskości z młodszym bratem Ronaldo, choć ten silnie zarysowany konflikt, wynikający z nieznajomości, dobrze robi późniejszej zamianie ról. Młodszy brat – wróg, starszy –przyjaciel. Tak czytamy tę relacje. Pierwsze minuty melanżują pomiędzy językiem angielskim a łamaną polszczyzną. Itay mówi po polsku, z silnym akcentem. Od początku mu wierzę, jestem skłonna poczuć jego najmniejszą niewygodę, choćby ze względu na obcość językową, rasową, kulturową. Widzę najmniejsze zmiany uczuć na twarzy aktora, jest dla mnie bardzo wiarygodny. Nieustannie używa całego swojego ciała. Czasami zdarza się tak, że patrzymy na aktora, który jest czerwony od krzyku, żyły wychodzą z pod jego skóry, a dla przykładu… jego dłoń zwisa jak zdechła ryba. Odnajduję wówczas w tej dłoni kłamstwo i brak zaangażowania. U Itaya, choć przyglądam się intensywnie, nic takiego nie zauważam. Doceniam poświęcenie. Scena, w której wciąga go błoto, była grana prze Itaya, odmówił, by zastąpił go kaskader, dostawał zastrzyki z adrenaliną. Scena ta wymagała ogromnego poświęcenia.  Myślę, że to parę sekund, mocne, nieprzeoczone, ale jednak  nie zostało docenione. Pyton staje się Piotrem, pieczętując przed ślubny poranek kieliszkiem wódki. Od tej chwili widzę w oczach i ciele narastający niepokój. Są tu wzmianki o Izraelu i o Babci. Mam wrażenie, że rozumiem więcej. Po przeczytaniu wywiadu w którym o niej opowiadał, rozumiem te wstawki zdecydowanie bardziej. Jestem ciekawa, czy była to sugestia Itaya, być może to nie dobre, ale mam poczucie, że do wybitnych filmów wkrada się wiele prywatności. Prywatności, okrytej scenariuszem, zasłoniętej bieżącą opowieścią. Itay, po polsku tańczy i śpiewa. I to bardzo folklorystycznie. „Kto się żeni” to tradycyjny kurpiowski utwór. Wszystkie te tańce i zabawy zbliżają bohaterów. Odnośnie relacji głównego bohatera z innym postaciami; wszystkie one są bardzo czytelne. Oceniając to pod względem aktorskim, wierzę, że Itay słucha i reaguje. Bez oporów wchodzi też w sceny bliskości fizycznej. Pocałunki czy nawet scena seksu, nie jest „schowana”. Widzimy nagie ciała i nieskrępowane twarze. Fizyczność jest też mocna podczas bójki. Bardzo podoba mi się to, że Marcin nie unikał fizyczności pomiędzy aktorami. Dotykają się nawzajem; odpychają i przytulają, kochają i biją. Można zauważyć też wiele znaczących gestów, wzmacniających zrozumienie i napięcie. Budujących atmosferę. Pamiętam pękający w dłoni kieliszek, zaciśnięte pięści. Największe wrażenie zrobił na mnie wędrujący pomiędzy zabrudzonymi palcami łańcuszek z krzyżem. Piotr bawi się nim podczas rozmowy z nauczycielem. Właściwie nie jest w tym momencie Piotrem a Haną. Dotykanie biżuterii uważam za bardzo kobiecy odruch. Myślę, że ta ekspresja; szeroko otwarte, załzawione oczy i wręcz dziecięca mimika, jest bardzo przekonująca. Jako widz odczuwam dreszcze. Kobiecy głos i ruchy u dorosłego mężczyzny wprowadzają widza w niepokój. Kontra, bardzo skuteczna. Tu brawa dla Itaya. W tym momencie kumuluję się jego dotychczasowe zmęczenie; widoczne na twarzy i w ciele, słyszalne w głosie. Wcześniej Piotr walczył, patrzył spod byka, mocno, przeszywająco. Kluczową sceną, był dla mnie moment „odbijanego”, widz i aktor zostali doprowadzeni do momentu, kiedy skrywana tajemnica błaga by wyjść na jaw. Ubierana jest w niemożność. Piotr tuż przed wyjawieniem Żanecie prawdy, zostaję przejęty w odbijanym tańcu, przez teściową. Od tej chwili napięcie ciągle rośnie. Dla mnie dochodzi do eskalacji aktorskiej, na parkiecie. Itay zrobił kawał dobrej roboty. Często sceny tego typu wywołują u mnie śmiech. Tym razem nawet się nie uśmiechnęłam. Drgawki, wygięcia ciała, zatrzymany w gardle głos, piski czy wreszcie zdania wypowiadane w języku Jidysz, nie rażą mnie. Pozostają na poziomie wiarygodności. Drgawki mogę tłumaczyć epilepsją, utratę głosu i jąkanie – zdenerwowaniem, piski – bólem, a słowa wypowiadane w obcym języku nie brzmią jak te prosto z zaświatów. Pojawia się groza, ale nie ma przekroczenia granic. Możemy całą sytuację wytłumaczyć jak pan Zygmunt Jasiński w tej roli znakomity pan Grabowski;

„… a potem miał padaczkę, potem go zamknęliśmy w piwnicy i o tej padaczce z nim rozmawialiśmy, ale może okaże się, że nie jest idiotą i weźmiecie ślub na innej działce w słoneczny dzień…”

Można też w pełnej wierze pójść za rozumieniem lekarza – ateisty, dla którego liczą się fakty, a w tym przypadku wierzy bardziej w metafizykę i religię. Można pójść też za sobą i przelać to tylko przez własne poglądy. Odnośników, symboli jest wiele. Podoba mi się jeden z ostatnich kadrów, na którym widzimy dłonie układające pęknięty kieliszek. To oszukańcza naprawa, niemożność wrócenia czasu. Podobają mi się mieszający się w świetle poranka weselnicy z żałobnikami. Podoba mi się mieszanka dramatu, dowcipu i niepewności. Podoba mi się Itay, demon w nim, i Demon jako sztuka, która zostawia po twórcy ogromną wartość. Po raz kolejny pochylając czoła przed Sztuką, która jest w moim poczuciu jedyną trwałą.